Aktualny numer

Serwis stomatologiczny
Centralny Rejestr Lekarzy

Jesteśmy na FB

Rynek zdrowia

Pokochała go wojna… (cz. I)

Pierwsza część wspomnień Dr Jana Ciećkiewicza o dr Marianie Ciećkiewiczu pt “Pokochała go wojna…”

Marian CiećkiewiczW 1893 roku powstała Krakowska Izba Lekarska. W tym samym roku urodził się dr Marian Ciećkiewicz, który w latach międzywojennych związał z nią swoje losy. A że zbliża się 120 rocznica powstania naszej OIL, niezwykłe dzieje 105 lat życia doktora Mariana warto i trzeba przybliżyć.

O swoim ojcu opowiada nam jego syn, dr Jan Ciećkiewicz.

Moja pamięć o rodzinie sięga dziadka Jakuba i babci Anny. Dziadek jako dwudziestoparoletni poborowy 13 Galicyjskiego Pułku Ułanów armii austriackiej, pod komendą wtedy pułkownika a później generała Maksymiliana Rodakowskiego, bił się w 1866 roku pod Custozzą z Włochami. Natomiast babcia Anna, jako młodziutka dziewczyna, pomagała zbierać i ratować rannych po jednej z bitew powstania styczniowego. Razem z nimi należy przenieść się do Cieszanowa, niewielkiej, choć wtedy powiatowej miejscowości koło Lubaczowa. Było to typowe miasteczko wschodniego pogranicza, gdzie w zgodzie mieszkali Polacy, Ukraińcy zwani wtedy Rusinami, Żydzi i Niemcy, dzieląc się bez zwad urzędami i stanowiskami. Na ogół lubili się jako sąsiedzi czy koledzy ze szkoły. Po zwolnieniu z wojska, dziadek Jakub znalazł pracę jako woźny w starostwie z niewielką pensyjką. Dorabiał sobie szewstwem i uprawianiem kawałka roli, podobnie jak wielu cieszanowian.

Atmosfera w tym miasteczku była szczególnie patriotyczna. W domu dziadka czytano Mickiewicza, w „Sokole” wystawiano „Dziady”, organizowano muzyczno-taneczne wieczorki, polityczne dyskusje, narodowe uroczystości w pobliskim Lublińcu pod pomnikiem powstańców 1863 roku. Nic więc dziwnego, że i mój ojciec dokonał takich, a nie innych wyborów życiowych.

W czasie jednej z wizyt duszpasterskich, postawiony przed biskupem przez babcię, która liczyła, że „Maniuś” trafi do seminarium, oświadczył, że „Chcę być doktorem!”. A biskup ten jego wybór skwitował słowami: „Słuchajcie, jeśli on w tym wieku już wie, kim chce być, to trudno, musicie go posłać do szkoły”.

Naukę rozpoczął w gimnazjum w Jarosławiu, i po pewnych perypetiach, kontynuował ją w Rzeszowie, gdzie zdał maturę, po czym natychmiast poszedł na medycynę do Krakowa. Był rok 1912. Od razu zapisał się do drużyn strzeleckich i kupił za dodatkowo zarobione pieniądze w Towarzystwie Szkoły Ludowej niebieski mundur. Gdy wybuchła Wielka Wojna, jak ją określał, poszedł wraz z innymi cieszanowianami do legionów, w najbliższym sercu Lwowie, gdzie tworzono Legion Wschodni. Niestety, ze względu na przypadkową chorobę, wojnę rozpoczął od pobytu w szpitalu. Gdy Austriacy zagrożeni przez Rosjan pospiesznie opuścili miasto, ruszył za swymi kolegami w pościg i dopadł ich w okolicach Jasła, gdzie defilował przed samym gen. Józefem Hallerem. Wkrótce Galicję zajęły wojska rosyjskie, padł Lwów, Jarosław, Rzeszów. Legion Wschodni nie był już potrzebny. W jesieni go rozwiązano, niemniej Austrii nadal potrzebni byli rekruci. Być może z powodu wstąpienia do Legionów zamiast do wojska, stracił prawa „jednorocznego ochotnika” i musiał odbyć przeszkolenie rekruckie. Trafił do Nowego Sącza, gdzie skierowano go do służby sanitarnej 90. Jarosławskiego Pułku Piechoty, gdzie już stosunkowo szybko awansował jako medyk. Z pułkiem tym znalazł się… na Węgrzech, w Szombathely, gdzie stacjonowała kadra pułkowa.

Jako żołnierz wcielony do armii austriackiej brał udział w walkach na froncie bałkańskim, w wojnach z Serbią, Czarnogórą i na froncie włoskim. Jego losy tamtych dni to cała mozaika rozmaitych perypetii. Przeprawiał się po moście pontonowym przez Sawę, szli dniami, tygodniami wzdłuż rzeki do Czarnogóry. Tam dostał się pod ogień karabinu maszynowego i został ranny w udo, na szczęście nie została naruszona kość ani tętnica. Takie rany kończyły się wtedy amputacją. Dochodził do zdrowia w Baja na Węgrzech, skąd szybko wrócił do służby. W końcu nawet się zgubił gdzieś w górach Czarnogóry, w poszukiwaniu siedziby kadry pułkowej.

Mija kolejny rok wojny. Późną jesienią 1916 roku znalazł się w Rumunii z batalionem X Górskiej Brygady Austriackiej, z którą przewędrował Siedmiogród i znaczną część Rumunii. Tam wsławił się wzięciem do niewoli 40 Rumunów (!) Prawda zaś była taka, że sami się poddali, gdy już jako oficer został wysłany do rzekomo zajętej wsi. Nieoczekiwanie wyszło mu tam na spotkanie z podniesionymi do góry rękami 40 nieludzko wygłodzonych i zabiedzonych żołnierzy rumuńskich. Więc wziął ich do niewoli, za co został uhonorowany wysokim odznaczeniem wojskowym przez samego Cesarza Karola I.

W Pruculesti nad rzeką Putną stacjonowali długo, w ramach tzw. wojny pozycyjnej z Rosjanami. Wiosną przeniesiono ich na front włoski nad jezioro Levico, gdzie przeważnie panował spokój. Podziwiał przeto piękno Italii i odpoczywał nad pobliskim jeziorem, kwaterując paradoksalnie w „Hotelu de Russia”. Obiecał sobie kiedyś tam wrócić.

We Włoszech był jednak ponownie ranny i to bardzo poważnie, gdy Włosi przełamali front pod Isonzo. Wybuch pocisku artyleryjskiego wbił go w ziemię, uszkadzając mu poważnie kręgosłup. Przewieziony do szpitala polowego poprosił o skierowanie go na kurację w miejsce, z którego pochodził. I tak trafił do szpitala garnizonowego w Krakowie, przy ulicy Kopernika, gdzie „leczyli się” oficerowie rozwiązanego już Legionu Piłsudskiego chcący uniknąć służby w armii austriackiej. Leżał tam w doborowym towarzystwie m.in. dr. Mieczysława Kaplickiego, późniejszego prezydenta Krakowa i gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. Po powrocie do zdrowia pozostał przez jakiś czas w Krakowie. Ten czas wykorzystał na zdawanie egzaminów medycznych („rigorosum”) i zaliczanie kolejnych semestrów na uczelni.

Ale te możliwości szybko się skończyły. Został wezwany do kadry 90 Pułku, przeniesionej, w międzyczasie do Jicina w Czechach i wrócił do służby frontowej. Gdy Czesi ogłosili się republiką, pułk z którym był związany okrzyknął się wojskiem polskim. Poinformowali o tym kadrę, wręczyli dowódcy pułku – Austriakowi sztandar („bo nie był ich”) i rozkaz wyjazdu do Wiednia, podjęli żołd w banku i udali się w podróż powrotną do Krakowa.

Po drodze zdarzyło się kilka incydentów z Czechami, którzy chcieli ich rozbroić. Gdy jednak Polacy okazywali chęć do walki, Czesi zrezygnowali. Z Trzebini przyjechał do Krakowa na lokomotywie. Tam oczekiwał ich gen. Bolesław Roja. Gdy się dowiedział, że pułk pochodzi z Jarosławia, polecił im jechać tam szybko i organizować wojsko do obrony Lwowa. Niestety, nie udało się. W Jarosławiu żołnierze rozeszli się do domów, razem pozostała tylko kadra oficerska i podoficerska.

Do Lwowa także nie dotarł, ale wziął udział w bitwie o Lwów. Ukraińcy, którzy nie chcieli dopuścić do Lwowa transportów z pomocą dla jego polskich obrońców, postanowili przerwać linię kolejową. W tym celu planowali zdobycie w Boże Narodzenie Lubaczowa. Polacy zaciekle się bronili. Często naprzeciw siebie stawali dawni koledzy ze szkoły. Nienawiść rodziła podziały między przyjaciółmi i sąsiadami.

Ojciec wspominał moment, gdy po odparciu wojsk ukraińskich, wśród zabitych zobaczył gimnazjalnego kolegę, z którym był nie tak dawno w jednym pułku w austriackiej armii. Przez całe życie zastanawiał się, czy nie zabiła go przypadkiem kula z karabinu maszynowego, do którego taśmę on osobiście ładował. Jeździł na jego grób, pokazał go także synowi.

Nadszedł rok 1920 i zaczęło się organizowanie wojska do wojny polsko-bolszewickiej. Tato został przeniesiony do Krakowa, gdzie dostał przydział do Strzelców Podhalańskich, jako oficer sanitarny w stopniu porucznika. Był wtedy, po zaliczeniu kolejnych semestrów, na czwartym roku studiów. Powołany do działań w rejonie Warszawy, znalazł się w V Armii gen. Władysława Sikorskiego. Został dowódcą stacji zbornej rannych. Nie lubił o tym opowiadać, bo zbyt straszne rzeczy tam się działy. Ludzie marli masowo. Poziom sprzętu medycznego, a co za tym idzie pomocy medycznej był niski. Po Bitwie Warszawskiej dostał polecenie zorganizowania pociągu sanitarnego, przy warsztatach kolejowych Warszawa-Praga, którego został komendantem.

Pociąg został obsadzony fachową grupą pielęgniarek-ochotniczek, nazywanych wioślarkami warszawskimi i służył do przewożenia jeńców rosyjskich i polskich żołnierzy rannych i chorych na tyfus plamisty z linii frontu do Lidy. Miał szczęście, bo tyfusem się nie zaraził, tyle że gdy inni wrócili do domów, on dalej pełnił swoje obowiązki. Jeszcze będąc w wojsku ukończył studia na specjalnym roku podobnych jemu medyków.

To w tym pociągu poznał i pokochał swoją przyszłą żonę, która wraz z rodziną uciekła w dramatycznych okolicznościach z Ukrainy już po wprowadzeniu w 1919 roku kordonu. Jej ojciec klęcząc przed polskim oficerem na granicy prosił, aby ich wpuścili do Polski albo zabili, bo oni na Ukrainę nie wrócą. Wpuścił ich. Mama, wówczas osiemnastoletnia, zgłosiła się do wojska jako przyuczona pielęgniarka. Wzięła udział w Bitwie Warszawskiej, w walkach pod Radzyminem. Miała do pomocy dwóch ochotników gimnazjalistów z noszami. Szukała rannych i chorych, zarówno Polaków jak i Rosjan.

Po wojnie Marian Ciećkiewicz w końcu wrócił do Krakowa. W 1922 roku poślubił swoją ukochaną i dokończył studia medyczne. Otrzymał asystenturę w Katedrze Medycyny Sądowej u prof. Leona Wachholza. Pomagał mu nawet w tłumaczeniu „Fausta” Goethego. Poznał tam wtedy także doc. Jana Olbrychta. Biedował, bo z pensji asystenta nie był w stanie utrzymać rodziny, a na świat już przyszło dwoje dzieci. W tej sytuacji przyjął posadę lekarza więziennego „u św. Michała”. Gdy zaczęli wiązać koniec z końcem, nieoczekiwanie podziękowano mu za pracę. Okazało się, że naraził się władzom nie tylko więzienia, gdy zgłosił, że więźniowie komuniści są torturowani, a na przesłuchaniach zgniata się im palce włożywszy między nie ołówki.

Na szczęście rozwijał się właśnie system ubezpieczeń zdrowotnych. Został lekarzem Kasy Chorych, potem Ubezpieczalni Społecznej i biegłym sądowym. Zarabiał na tyle dobrze, że kilka lat przed wojną zbudował dom. Był dumny z systemu ubezpieczeń, który także współtworzył. Każdy, kto opłacał składki, otrzymywał w zamian pełny pakiet usług medycznych: opiekę domową, badania, szpital, aptekę i sanatorium. Bezpłatnie. Myśl o powszechnym ubezpieczeniu Polaków stanowiła dla taty wyzwanie na poźniejsze całe pracowite życie.

W grudniu 1927 roku oddano do użytku gmach Ubezpieczalni Społecznej z przychodniami przy ul. Batorego 3. Tam ojciec pracował jako lekarz konsulent i zastępca lekarza naczelnego. Zainicjował też budowę Szpitala im. G. Narutowicza, który w 1934 roku – jako jedna z najnowocześniejszych placówek leczniczych Ubezpieczalni w Polsce – przyjął pierwszych pacjentów. Miał także swój udział w budowie Instytutu Reumatologii na al. Focha.

W 1932 roku rozpoczął równolegle pracę w samorządzie lekarskim, u boku znanego mu prof. Jana Olbrychta, który został prezesem Izby IV kadencji. W Zarządzie Izby Lekarskiej Krakowskiej, która liczyła wtedy 1958 lekarzy, ojciec był sekretarzem. Pełnił także tę funkcję we władzach V kadencji (1935-1939) za prezesury Władysława Stryjeńskiego i był członkiem Naczelnej Izby Lekarskiej. Brał udział w zagranicznych kongresach, pisał habilitację na temat ubezpieczeń chorobowych. Miał ją dokończyć jesienią 1939 roku we Włoszech.

Od zakończenia działań wojennych w 1920 roku minęło kilkanaście lat. Tato przez cały czas był oficerem rezerwy, odbywał regularne ćwiczenia. Nic więc dziwnego, że dostał w 1939 roku kartę mobilizacyjną, a Mama, jako pielęgniarka zarejestrowana w aktach wojskowych, została przydzielona do szpitala wojskowego. Już 31 sierpnia musiała się w nim stawić.

Swoje przeżyła zaraz na początku. Mój starszy brat, jako harcerz, pełnił służbę na dworcu kolejowym. Mama dowiedziała się, że do szpitala mają przywieźć rannych harcerzy z dworca. Ogarnięta trwogą szukała syna. Na szczęście brat nie został ranny, ale mama potem mówiła, że w takiej sytuacji najważniejsze to, żeby nie patrzeć na twarze. Tato wyjechał z Krakowa 3 września. „Wyjechał” to duże słowo. Swojego Opla Olimpię, który stał z pełnym bakiem w garażu, oddał dzień wcześniej dwu oficerom pułku lotniczego, którzy musieli ewakuować się na wschód, tyle że wziął pokwitowanie. Przechowywał ten kwit przez wiele lat licząc na zwrot auta.

Wtedy we wrześniu 1939 roku razem z doc. Edwardem Szczeklikiem (uczestnik walk w obronie Lwowa, ojciec profesorów Andrzeja i Jerzego), maszerowali wałem wiślanym aż do Bochni. Ponieważ mieli różne przydziały, wkrótce się rozstali. Ojciec, po kolejnych kilkunastu dniach znalazł się w końcu w Zbarażu. W tym rejonie organizowano bazę szpitalną dalekiego zaplecza. Tam zastał prof. Olbrychta (w stopniu majora). W klasztorze oo. Bernardynów mieli zorganizować szpital. Po wkroczeniu Armii Czerwonej początkowo była niepewność. Ojciec jednak, kiedy odebrano wszystkim lekarzom – oficerom zegarki, natychmiast się zorientował, że to się źle skończy i zaczął symulować, że jest chory na czerwonkę. Został umieszczony w szpitalu w Tarnopolu, z którego uciekł. Przedtem udało mu się podrzucić cywilne ubranie prof. Olbrychtowi, któremu także udało się zbiec. W sumie uciekło wtedy z niewoli czterech lekarzy. Reszta nie chciała uciekać i trafili do Starobielska. Leżą pod Charkowem. Natomiast Ojciec bez większych problemów przeszedł przez most na Sanie oddzielający stronę rosyjską od niemieckiej, a potem, już z rodzinnego Cieszanowa, dotarł do Krakowa.

Zaczęły się ponure lata okupacji. Nie było mu dane zająć się wyłącznie praktyką lekarską. Ale o tym w drugim odcinku tych wspomnień.

Opowieści dr. Jana Ciećkiewicza wysłuchała Barbara Kaczkowska

Kalendarium

Kwiecień 2020
PWŚCPSN
« mar   maj »
   1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30    

Galerie

  • XXIII Bal Lekarza - Galeria zdjęć
    XXIII Bal Lekarza - Galeria zdjęć
    2020-01-23 10:14:29
  • Galeria remontowa - Czerwiec 2019
    Galeria remontowa - Czerwiec 2019
    2019-06-25 14:21:32
  • Galeria remontowa - Maj 2019
    Galeria remontowa - Maj 2019
    2019-05-23 11:36:34
  • 38 Okręgowy Zjazd Lekarzy OIL w Krakowie
    38 Okręgowy Zjazd Lekarzy OIL w Krakowie
    2019-04-24 12:12:33

OIL Krakow on twitter

Polecamy

Wybory