Aktualny numer

Serwis stomatologiczny
Centralny Rejestr Lekarzy

Jesteśmy na FB

Rynek zdrowia

Pokochała go wojna… (cz. III)

Publikujemy część trzecią wspomnień o życiu i pracy Mariana Ciećkiewicza pt “Sto lat na dyżurze”

„(…) Wkrótce po Świętach Bożego Narodzenia w 1944 roku przyszli Rosjanie. Muszę powiedzieć, że z tymi zwykłymi żołnierzami mieliśmy dobry kontakt. Gdy raz Mama gotowała owsiankę, do kuchni wszedł ordynans, by przyrządzić posiłek dla sowieckich oficerów. Przyniósł wielkie kwadratowe puszki z mielonką, którą dodawał do makaronu. Ponieważ Mama świetnie mówiła po rosyjsku, bo kończyła szkołę w Kijowie, rozmawiała z nimi i oni zaprosili nas na obiad. Do dziś pamiętam smak i zapach tego makaronu. Odjeżdżając, zabrali nam latarkę. Ojciec mówił, że nie można mieć o to pretensji do żołnierza frontowego, bo latarka jest na froncie bardzo potrzebna. Proszę sobie wyobrazić, że jeden z nich napisał do nas list po sforsowaniu Odry (drugi tam zginął), że jak będzie wracać, to może wstąpi do Krakowa, bo miło wspomina pobyt u nas. Ale to też był ostatni kontakt.

Chwilę wyzwolenia kojarzę z tym, że pod koniec okupacji było bardzo głodno. Przez cały grudzień i połowę stycznia Mama gotowała owsiankę na wodzie i fasolę z odrobiną oleju. Ze wsi nie sposób było ściągnąć jakieś wiktuały. Niemcy szykując się do wyjazdu zabierali wszystko. Podobnie było z majątkiem Ubezpieczalni. Naczelny niemiecki lekarz, w histerycznym pośpiechu zaczął pakować nowe rentgeny, całą fizjoterapię, wszystkie najlepsze urządzenia Siemensa. Ojciec dał mu wtedy słowo honoru, plus dwa ostatnie połcie słoniny, żeby spokojnie jechał, a on to za nim wyśle. Ponoć w dobrej sprawie można słowa nie dotrzymać. Wszystko zostało w Krakowie.

Kiedy po wojnie Muzeum Czartoryskich „szło do remontu” musieliśmy się z Pijarskiej wyprowadzić. Ojciec dostał przydział na spore mieszkanie w oficynie Szarej Kamienicy. Mieszkaliśmy tam przez parę lat. Ojciec robił wszystko, by wrócić do rodzinnego domu. Nie mieszkałem tam długo, bo wyjechałem do Anglii, a po powrocie założyłem własną rodzinę i się wyprowadziłem. Tato zaś mieszkał w nim do końca życia pod opieką siostry, bo Mama zmarła już w 1976 roku. Tyle o naszych mieszkaniach.

Po wojnie Izba zaczęła działać natychmiast, a wraz z nią oczywiście Ojciec. Pacjentów i potrzebujących pomocy było niesłychanie dużo, a szpitale były zdewastowane. Pamiętam, że wielokrotnie pukano do naszych drzwi, za którymi stali ludzie w pasiakach, prosząc o pomoc. Lekarzy było mało. Przed wojną było ich w całej Polsce zaledwie 8500, teraz wielu dodatkowo ubyło bo nie wróciło z wojny.

Izba ukonstytuowała się z przedwojennych członków Zarządu, obecnych w Krakowie. Prezesem został dr Kazimierz Gołąb, Ojciec sekretarzem, skarbnikiem dr Jerzy Lebioda. Najpilniejszym zadaniem stało się wznowienie działalności Kasy Wzajemnej Pomocy Lekarskiej. Wprowadzono składkę 50 złotych i mimo że była bardzo wysoka, dzięki solidarności lekarzy szybko uzyskano samowystarczalność. Poza codzienną pracą (remont budynku przy ul. Krupniczej, pomoc dla Towarzystwa Lekarskiego Krakowskiego, zorganizowanie sklepu na Szczepańskiej 1, który był zabezpieczeniem funduszy Kasy) cały Zarząd brał czynny udział w naradach w NIL, walcząc z nową władzą o samorząd, o pozycję i status lekarza, o zwolnienia niesłusznie aresztowanych lekarzy. Po śmierci doktora Kazimierza Gołąba Ojciec kontynuował tę działalność z Władysławem Stryjeńskim, ostatnim przedwojennym prezesem Izby, który na krótko powrócił na to stanowisko. Do 1948 roku Ojciec pracował także jako lekarz naczelny Ubezpieczalni.

Ale postawa Ojca budziła niepokój władz. W tym samym dniu, w którym odbierał u wojewody Złoty Krzyż Zasługi za działalność podczas okupacji, otrzymał wezwanie na Plac Inwalidów, do Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie mu zakomunikowano, że zaczyna się przeciwko niemu postępowanie oskarżające go o „faszyzację życia w przedwojennej Polsce”. Za takie rzeczy można było otrzymać wyrok śmierci. Ojciec przytomnie jednak zapytał przesłuchującego go oficera, czy chodzi o to, by zrezygnował ze stanowiska w Ubezpieczalni Społecznej? W odpowiedzi usłyszał, że słusznie się domyśla.

A potem zamknięto Izbę Lekarską i Ojciec zaczął pracować jako lekarz w Przychodni przy Drukarni Kolejowej. Ta jego praca na kolei bardzo nam się przydała, bo mieliśmy 80% zniżki na bilety PKP, a byliśmy w domu zwariowani na punkcie turystyki. Tato zresztą był zapalonym turystą, zdobył nawet Złotą Odznakę GOT. Zaproponowano mu nawet zdobycie uprawnień przewodnika, kiedy w podaniu napisał, że uprawianie turystyki rozpoczął w 1915 roku w Alpach Transylwańskich. Nie dodał tylko, że był tam jako żołnierz. Na szczęście szczegółów nikt nie dochodził.

Tato był „zarażony” górami. Gdy chodziliśmy na wycieczki w pas konwencji wykorzystywał swoją znajomość języka czeskiego, by zamawiać noclegi. Zdziwionym Czechom mówił: „Jsem slouzil w ceskem pluku”. A przy goleniu śpiewał stare czeskie piosenki, stąd i ja je znam. Kiedyś, dzięki nim rozruszałem w Pradze bardzo sztywne międzynarodowe sympozjum – oczywiście po skończonych obradach.

Potem przyszedł 1956 rok i było ogólnonarodowe poruszenie. Na jego fali Ojciec został naczelnikiem Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej. Rozpoczęła się odbudowa służby zdrowia. Ale popaździernikowa odwilż po pewnym czasie ustąpiła i Ojciec znów nie był dobrze widziany, bo to i legionista, i były dyrektor starej ubezpieczalni społecznej. Gdy chciałem chodzić do tego samego liceum, w którym kiedyś uczył się mój starszy brat, dyrektor zwrócił Mamie moje papiery, bo Tato był ideologicznie „podejrzany”. Do partii zapisać się nie chciał, poglądy polityczne miał sprecyzowane. Pamiętam, że gdy umarł Stalin, Ojciec dowiedział się o tym słuchając Wolnej Europy. Obudził mnie, i powiedział: „Jasiu, umarł Stalin! Nie jedziesz do szkoły, ani dziś, ani jutro!”. Tato dobrze wiedział, że razem z moimi kolegami mógłbym robić jakieś dowcipy, co mogłoby się źle skończyć, a byłem przed maturą. Ale zaraz potem zadzwonił do dr. Adamowicza i powiedział tylko jedno słowo: „Zdechł!”. I Adamowicz od razu wiedział, co się stało.

Po nieprzyjęciu mnie do tamtej szkoły, poszedłem do Liceum im. A. Witkowskiego i nie żałuję, bo to była bardzo dobra szkoła.

Pod koniec lat 50. Ojciec na prośbę doktora Henryka Matuszewskiego, swojego następcy, z którym utrzymywał miłe stosunki, zaczął organizować Wojewódzką Poradnię Specjalistyczną, której dyrekcja (a więc i gabinet Ojca) mieścił się na Krupniczej, w budynku „zniesionej’ Izby. Działała tam wtedy jedynie Poradnia Sportowo-Lekarska. Gdy Ojciec się zorientował, że przychodnie przykliniczne pracują tylko do 14. godziny zaproponował przedłużenie ich działalności do 18.00 i zatrudnienie w nich chętnych profesorów i ich asystentów. Dzięki życzliwości rektora AM, prof. Leona Tochowicza, powstała wtedy bardzo dobrze funkcjonująca sieć specjalistycznego poradnictwa.

W latach 60. i 70. Ojciec bardzo aktywnie pracował w Towarzystwie Lekarskim, będąc nawet członkiem Zarządu Głównego. Był żywo zaangażowany w tworzenie Zbioru Zasad Etyczno-Deontologicznych, uchwalonych i pełniących wtedy rolę Kodeksu Etyki Lekarskiej. Miał też swój wielki udział w reaktywowaniu Lekarskiej Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej.

Gdy Ojciec przekroczył 70 lat chciał iść na emeryturę, ale na prośbę doktora Andrzeja Hydzika został jeszcze na Krupniczej, pracując po 3 godziny dziennie. Równocześnie był biegłym w Sądzie Pracy i w Sądzie Konsystorskim Kurii w sprawach unieważnień małżeństw ze względów biologiczno-medycznych. Był też lekarzem konsultantem do spraw uzdrowisk i balneologii. I tak dopracował do stu lat.

W 100-lecie urodzin otrzymał listy gratulacyjne od papieża Jana Pawła II i prezydenta Lecha Wałęsy, a także Komandorię Polonia Restituta. Izba, której odrodzeniem niezmiernie się cieszył, urządziła mu bardzo miłą uroczystość jubileuszową w Klubie pod Gruszką. W tym też czasie został uhonorowany przez Papieża orderem Św. Sylwestra.

Czas późniejszy to odpoczynek i ulubione koszenie trawy kosą w ogrodzie od wiosny do jesieni. Był także bardzo zainteresowany komputerem, telewizją i światem. Jego korzenie tkwiły w Cieszanowie, w Lubaczowie i Jarosławiu, gdzie podczas lat nauki mieszkał na stancji u krawca, odnosząc zamiast zapłaty klientom ubrania. Tak się nauczył je składać, że i ja dobrze to potrafię. Potem był Rzeszów, a w końcu ostał się w Krakowie, wpisując się w dzieje tego miasta. Stał się tu „zajszły” jak mówili w jego rodzinnych stronach.

Zmarł w 106 roku życia, 18 stycznia 1999 roku. Został pochowany na cmentarzu na Salwatorze.

Wspomnień Jana Ciećkiewicza o Ojcu wysłuchała – Barbara Kaczkowska

Kalendarium

Luty 2020
PWŚCPSN
« sty   mar »
      1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29  

Ogłoszenia

Galerie

  • XXIII Bal Lekarza - Galeria zdjęć
    XXIII Bal Lekarza - Galeria zdjęć
    2020-01-23 10:14:29
  • Galeria remontowa - Czerwiec 2019
    Galeria remontowa - Czerwiec 2019
    2019-06-25 14:21:32
  • Galeria remontowa - Maj 2019
    Galeria remontowa - Maj 2019
    2019-05-23 11:36:34
  • 38 Okręgowy Zjazd Lekarzy OIL w Krakowie
    38 Okręgowy Zjazd Lekarzy OIL w Krakowie
    2019-04-24 12:12:33

OIL Krakow on twitter

Polecamy

Wybory